Wszystko zaczęło się od pasji. Szalony pomysł, który zrodził się w głowie zakręconego pasjonata brzmiał wręcz nierealnie. Maniek Wypychowski, który najbardziej na świecie kocha amerykańskie bryki wymyślił sobie pięć lat temu, że w Miliczu zorganizuje największy zlot amerykańskiej motoryzacji. A Maniek, jak każdy pozytywny wariat, uparty jest niesamowicie i dzięki niemu American Cars Mania stała się wydarzeniem na skalę światową. Co roku do Milicza zjeżdżają najpiękniejsze egzemplarze skrzydlatych limuzyn, gigantycznych vanów i kultowych muscle carów. Raj dla oczu i uszu, bo ryk Vósemek to najwspanialsza muzyka dla kochających motoryzację! Głowa kręciła mi się dookoła, bo w tym roku dojechały cuda, jakich na polskich drogach wciąż niestety mało. Nie sposób jednym tchem wymienić wszystkie perełki, które przyspieszają bicie serca. Corvetty, Mustangi, Chargery i Challengery. Boski Chrysler Windsor z 1959 roku a tuż obok Chevrolet Impala i Buick Electra. Elvis Presley gdyby żył (a są tacy, co twierdzą, że żyje) byłby w siódmym niebie. Wcale go z resztą nie brakowało, bo aksamitny głos polskiego Elvisa w osobie Krzyśka Stera rozbrzmiewał ze sceny tworząc odpowiedni klimat tamtych lat.

American Cars Mania to trzy dni obcowania z amerykańskimi samochodami, motocyklami i ciężarówkami, ale też fantastycznej zabawy w gronie uśmiechniętych pasjonatów. W Miliczu łatwo złapać bakcyla i zarazić się pasją. Pięć edycji zrobiło swoje i znam takich, którzy po American Cars Manii stawiali sobie za najważniejszy cel uzbierać na swojego wymarzonego „amerykańca”. A potem przyjeżdżają do Mańka z wypiekami na twarzy i zapisują się na kolejny zlot. Fajnie, bo dzięki temu impreza stała się jednym z obowiązkowych punktów w kalendarzu motoryzacyjnie zakręconych i z roku na rok rośnie w siłę.

Więcej na stronie: http://joannazientarska.com/2017/07/06/american-cars-mania-swieto-amerykanskiej-motoryzacji/